Rozdział pierwszy

niedziela, 7.lutego.2010, 19:00
Mam tu wyznanie do wyznania - nie poprawiłam wiele. Po pierwsze dlatego, że mam już tego rozdziału serdecznie dosyć, a po drugie - to, co było błędami jest dla mnie naturalne i za bardzo nie potrafię pisać poprawnie. Mam również nadzieję, że komuś uda się zrozumieć o co tu chodzi.



Była noc, choć w istocie właśnie dobiegała końca. Noce nie są zazwyczaj tak dobrymi początkami opowieści jak wieczory czy poranki, chociaż jeśli już takowymi się stają, zapewne poniosą za sobą tajemniczość, może grozę (a także czarne peleryny z czarnymi kapturami, możliwie czerwone ślepia lub niekoniecznie czerwone kły spod tychże migoczące. Koniecznie złowrogo).
Był też pewien młody człowiek, siedzący na ziemi, oparty niewygodnie o kamienną ścianę budynku, który (budynek) jeszcze kilka godzin wcześniej rozbrzmiewał chrapliwym śpiewem dobywającym się z wielu podochoconych trunkami gardeł, jak typowej gospodzie przystało. Zdawałoby się, że ów młodzieniec siedział po zdecydowanie złej stronie ściany. Bardzo słusznie by się zdawało, gdyż on sam z pewnością wolałby spodziewany brud, smród i robactwo od tej nieszczęsnej ściany, zimnej, jak nadchodzący mozolnie świt.
Człowiek ten schował się za jedną z wielu beczek, jakże korzystnie tam stojących, która uczyniła go niemal niewidocznym od strony ulicy, był więc równie obojętny dla rozgrywających się wkoło opowieści, jak one były dla niego. Poza tym, pozostawał w pokrętnie krzepiącym przekonaniu, że jego własna historia była prawdopodobnie dalece zbyt nudna, by przyciągnąć czyjąkolwiek uwagę.
Człowiek ten miał na imię Aravir i był zawodowym włóczęgą. Osiągnął niemalże mistrzostwo w swym fachu, choć tytuł ten nie przynosił mu ani chluby, ani dodatkowego zarobku. Mimo tego niezmordowanie podróżował po świecie, jak gdyby święcie przekonany, że każdy problem na tym świecie można po prostu rozchodzić. Zagadnięty o przyczynę swych niekończących się wędrówek, zapewne odpowiedziałby wymijająco, lub stanowczo poleciłby zainteresowanemu pilnować własnego nosa, coby go nie zgubił przypadkiem.
Dlaczego więc tak wytrawny, jak mogłoby się znów wydawać, obieżyświat usadowił się na gruncie i czuwał niewzruszony mimo zawrotnie późnej, lub wczesnej zależnie od punktu widzenia, pory? Wbrew pozorom, nie kierowały tym wyborem żadne tajemnicze, podejrzane wytłumaczenia - Aravir zaprawiony był już w bojach wystarczająco, by nie stawać na drodze jakiegokolwiek interesu, nie mając pieniędzy do wydania - a raczej pieniędzy w ogóle - poza tym, jego przesiadywanie było dalekie od niewzruszonego, a jutrzenkę witał tego dnia z tak niepotrzebnie długim preludium, ponieważ był zbyt głodny, żeby zasnąć. Nie miał więc wyboru i siedział, i czekał... Czekał, a spojrzenie jego szarych oczu liczyło gwiazdy pod nieobecność impulsu, który nakazałby rejestrować rzeczy bardziej przyziemne i pożyteczne. Podobne impulsy zapadły w letarg jakieś dwie godziny wcześniej, a Aravir nie mógł się zdobyć nawet na tęsknotę za nimi - będąc w pełni sił wariowałyby zapewne, usiłując znaleźć coś przyziemnego i pożytecznego w całej tej scenerii, przepełnionej odległym zawodzeniem wiatru, nie-światłem księżyca w nowiu, które, wydawało się wypalać mu dziury w mózgu od półtorej godziny, cieniem cienia w cieniu i całą tą cholernie tajemniczą atmosferą. Cholernie tajemnicze atmosfery nigdy nie wróżą nic dobrego.

***

Bruk. Kawał ziemi wybity kamieniami. A może to właśnie kamienie powbijane w ziemię? Tak czy inaczej, to cudowny wynalazek. Dzięki niemu drogi nie zmieniały się w bajora podczas deszczowej pogody, a tętent końskich kopyt niósł się rozkosznie głośno i daleko. Z tym, że skoro już był, mało kto zwracał na jego obecność szczególną uwagę. Znalazł się jednak ktoś kto zwracał - i szczerze nienawidził tej obecności.
Było tak z racji, że Aravir już od świtu, nie do końca świadomie, zataczał nieregularne kręgi na wspomnianym, a każde pęknięcie, czy nierówność niedawno zaczęły pozostawiać brzemienne ślady poprzez zdecydowanie zbyt cienkie, zdarte podeszwy jego butów. Myśl o odpoczynku, chociażby w formie zwyczajnego przycupnięcia na kilka minut na jednym z murków otaczających prawie każdy budynek, nie przemknęła mu przez głowę ani razu. Podobne zachowanie byłoby może zrozumiałe, gdyby nawał pracy dyszał nad jego karkiem, pozwalając zapomnieć o świecie. Jednak nie, nic z tych rzeczy, żadna praca nie czekała. To on odmówił czekania na nią i aktualnie miotał się w poszukiwaniach. Warto wspomnieć, że od świtu, który był mimowolnym inicjatorem czyjegoś nieudanego - by użyć słów delikatnych - dnia, upłynęło już więcej czasu, niż trzeba by czekać na kolejny.
Aravir skrzywił się do własnych myśli, zauważywszy, jak z każdą godziną wycieka z niego determinacja, świadom, że w końcu jej braknie, że bruk go pokona. A już z pewnością pokona jego umęczone stopy. Jeśli ktoś wierzy w takie sprawy, może śmiało rzec, że mimo wszystko szczęście się do niego uśmiechnęło, choć początkowo wcale na to nie wyglądało. Najpierw, przez nieuwagę, trącił ramieniem pewnego jegomościa, spieszącego się gdzieś niezmiernie, następnie został przez owego jegomościa ofuknięty i zasadniczo nie pozostało mu nic innego, jak tylko odejść, znacznie wynioślej niż takim jak on przystoi, ale coś momentalnie się zmieniło.
- Co do - sapnął wspomniany jegomość, zakończywszy ostentacyjne otrzepywanie ubrania. Spojrzał po sobie raz i drugi, a twarz jego przybrała wyraz bezdennej rozpaczy. Przepełniony niedowierzaniem przetrząsnął dyndającą żałośnie na jego ramieniu torbę, które to działanie najwidoczniej nie przyniosło spodziewanego efektu. - Moja księga! Ktoś ukradł moją księgę! - wykrzyknął ochryple, obojętny na fakt, że przechodnie oglądali się ciekawie w jego kierunku.
Nie trzeba było więcej, by Aravir stanął jak wryty.
- Co to była za książka? - spytał, skrzętnie utrzymując niewzruszoną, całkowicie wyzutą z zainteresowania manierę.
- Jeszcze tu jesteś? - oburzył się jegomość, choć nie wiadomo, czy zbulwersowała go tak sama obecność, czy nonszalancja w obliczu takiej tragedii. Zajrzał ponownie do swej torby, a wielka to była torba, acz do samego przetrząsywania przystąpił zgoła mniej namiętnie.
- Książka. Jak wyglądała?
- Gruba, jak kciuk jest długi, oprawiona w jasną skórę - odpowiedział w końcu, nadal nieprzekonany co do dobrych intencji swojego rozmówcy. Zresztą, chyba on sam nie był do nich przekonany. - Z przodu miała wypisany tytuł: "Friom Rtiass"*.
Tymczasem Aravir przypatrywał się intensywnie własnej dłoni, nie miał więc czasu na zadumę nad zdolnościami ludzkiego języka, chociaż w innych okolicznościach z pewnością poczyniłby jakąś wewnętrzną, podświadomą próbę by powtórzyć dziwaczne słowa.
- To musi być sztuka, zgubić taką grubą książkę i nie zdać sobie z tego sprawy - zauważył, kręcąc lekko głową.
- Nie uważasz, czy co?! Mówię cały czas, że mi ją ukradziono! - Jegomość stracił cierpliwość. Nie dość, że właśnie odebrano mu tak cenną rzecz, to jeszcze jakiś podrostek sobie z niego kpi. Aż musiał przystąpić do tarmoszenia swojej rzadkiej, czarnej bródki z tej całej frustracji.
- Dużo była warta?
- Więcej niż widziałeś w życiu, łazęgo - oświadczył z wyższością, mierząc szyderczym wzrokiem sfatygowane odzienie Aravira. Nietrudno się domyślić reakcji zainteresowanego - wiedział on, że gdyby poczynił próbę przełknięcia swojej dumy, zakrztusiłby się, umarł i byłby to koniec opowieści. Wiedział też, że gdyby takiej nie poczynił, zszedłby trochę wolniej z głodu i bezczynności. Po krótkim zastanowieniu zdecydował się wcisnąć dumę pod język i udawać, że jej tam nie ma.
- Co też szanowny pan nie powie - mruknął, gwoli odreagowania. - Jeśli znajdę domniemanego złodzieja, co będę z tego miał? - Poczucie sprawiedliwości, poczuciem sprawiedliwości, ale nim się za jedzenie nie zapłaci.
- Jeszcze bezczelny na domiar wszystkiego!
- Słuchaj pan. - Spokojem, jaki brzmiał w jego głosie, Aravir zaskoczył sam siebie. - Nie będę się narzucał. Możesz pan sam szukać swojej książki, acz gdyby tak miało być, nie stałbyś pan tutaj i gawędził, tylko szukał.
...
- W porządku - odparł jegomość po więcej niż chwili zastanowienia, najwyraźniej bardzo niezadowolony z obrotu spraw. Na to Aravir skinął głową i, bez zbędnych komentarzy, udał się, by wznowić swoją wędrówkę po bruku, jakże tym razem inną, kiedy przyświecał jej cel. Cel, który, jak się okazało, przyświecał z bardzo bliska, nie przejmując się niczym, co mogło potencjalnie dziać się wokoło.
Ot, siedział najzwyczajniej w świecie, na tym murku, który wydawał się wręcz stworzony właśnie w tym celu, akurat w miejscu, gdzie ogrodzenie przechodziło w zdecydowanie zbędny portal, sprawdzający się jednak znakomicie jako oparcie. Kto siedział? Chłopiec, cokolwiek niepozorny na pierwszy rzut oka, a na drugi, wyglądający, jakby mógł nie przeżyć trzeciego. Choć to akurat wrażenie mogło być wywołane przez książkę, którą trzymał opartą na kolanach, ogromne zgoła tomiszcze w okładkach barwy kawy z mlekiem - a może mleka z kawą? Z twarzą ściągniętą w najwyższym skupieniu, chłopiec skrobał coś pracowicie, wolną ręką podtrzymując jasną grzywkę przed wpadaniem mu do oczu. Nie jednak skrobanie powinno przyciągnąć uwagę Aravira w tej sytuacji, lecz podmiot wspomnianej czynności. Kolor oprawy można od biedy było podciągnąć pod jeden z tych jaśniejszych, a choć dostrzeżenie tytułu było niemożliwe, włóczęga był przekonany, że właśnie zakończył swoje poszukiwania. Nie ma to jak szczęśliwy dzień.
W końcu chłopiec nie mógł nie zauważyć cienia, jaki wkradł się na jego pieczołowicie sporządzane notatki. Mrugając energicznie podniósł wzrok na to, co ośmielało się zabierać mu światło, przy czym głowę musiał zadrzeć dość wysoko, by sprawić tym sobie dyskomfort. Tenże miał okazać się jednak niczym w porównaniu z ciężarem szarookiego spojrzenia, jakim został obdarzony. Para brwi wystrzeliła w górę.
- Czym mogę służyć? - spytał, przywołując na twarz uśmiech, który jednak nie zdołał całkowicie zamaskować niepewności, jaka zakradła się do niewinnego pytania.
- Książką - odparł Aravir, wzruszywszy ramionami, oczekując gwałtownej reakcji. A przynajmniej gwałtowniejszej niż to, co dostał. - Nie jest twoja, co?
- Ta książka? - Odezwał się szelest kartek, kiedy chłopiec zakołysał tomiszczem spoczywającym na jego kolanach. - Powinienem był przewidzieć, że w końcu ktoś się o nią upomni - dodał, bez śladu skruchy, czy zgoła oburzenia, jakie powinien odczuwać człowiek dopiero co oskarżony o kradzież.
- Jak to "ktoś"? - Brak powyższych śladów nie tylko wytrącił Aravira z rytmu, ale i zdenerwował go wielce. - To już nawet nie zwracałeś uwagi, komu ją podwędziłeś?
"I to mnie nazwano dziś bezczelnym" - pomyślał ponuro, wpatrując się w parę oczu, które odwdzięczały się całą swoją istotą, a jedynym, czego nie zdołał w nich dostrzec, było zrozumienie.
- Przecież książek się nie wędzi - odrzekł chłopiec powoli, z namysłem. - Rozpadłaby się i śmierdziała dymem. Po co miałbym to robić?
Mimo woli, Aravir podszedł jeszcze trochę bliżej. Musiał się o coś oprzeć, natychmiast.
- Nie znoszę takich ludzi - oznajmił, może odrobinę za głośno. - Narobi taki bałaganu, przyzwoitości nie ma za grosz i jeszcze głupiego udaje.
- Przepraszam bardzo. - Zabrzmiała odpowiedź, pełna urazy. - To nie ja tutaj zacząłem mówić o wędzeniu papieru. Poza tym, nie zrobiłem nic złego.
- "Nic złego"? Tak to się teraz nazywa? - Pod solidną warstwą zdenerwowania, by nie rzec - gniewu, w aravirowym umyśle zbierało się z wolna coś zgoła innego. Konkretniej? Moralność, która coraz głośniej domagała się dojścia do głosu... Szkoda w sumie, żeby miał zejść na złą drogę, taki smark, który najwidoczniej nie ma pojęcia, czego się dopuścił.
- Książka nie należy do ciebie, prawda? - rzekł Aravir z silnym postanowieniem, że nie da się sprowokować przez ani jedną głupią wypowiedź ponad to wszystko, co już zostało powiedziane. - Nie kupiłeś jej, ani nie dostałeś, zgadza się? - sprostował.
- Nie - odparł chłopiec z ociąganiem, reasumując notowanie w zawrotnym pośpiechu. - Ale to nie czyni ze mnie złodzieja! Leżała w rowie. Czy podnoszenie rzeczy z ziemi jest takie złe?
- Dlaczego tak trudno mi w to uwierzyć? W każdym razie, właściciel już się stęsknił za swoją własnością.
- Pewnie i tak nic z niej nie rozumie - mruknął, nie śmiejąc na głos sprzeciwić się niesprawiedliwości losu.
- Wnioskuję, że ty rozumiesz wszystko - wtrącił Aravir, zerkając na zawartość księgi. Prędko pożałował, że zerknął; od wszystkich finezyjnych zawijasów zdobiących stronice, zakręciło mu się w głowie.
- Co nieco. - Chłopiec ani na chwilę nie przerywał skrobania, jakby bał się, że nie zdąży. Jego pismo też stawało się coraz mniej porządne, chociaż odróżnienie go od tego porządnego to zupełnie inna historia.
- Niewiele ci na to poradzę. Ale może istnieje jakiś sposób na wyjaśnienie wszystkiego. Słuchaj... - Aravir zerknął wymownie na walające się wokół skrawki papieru zarówno te czyste jak i doszczętnie zabazgrane. - Dużo ci jeszcze tego zostało?
- Już prawie kończę. - Z tymi słowy młody skrobiący uczynił jeszcze kilka atramentowych kresek, westchnął płytko, rozmasowując prawy nadgarstek i zamknął księgę. Pajęcze litery na okładce zamigotały, nie pozostawiając wątpliwości, że to właśnie o to toczyła się cała sprawa.
- Świetnie, chodź ze mną - rzekł Aravir, bez zbędnych, jakże wyczerpujących ogródek. Ostatecznie, im szybciej wykonana robota, tym szybciej będzie miał spokój. Spokój jest dobry na wszystko. Chłopiec, choć zdradzający wszelkie oznaki niepewności, posłusznie zgramolił się z murku i upchnął sobie tomiszcze pod pachą. Normalny złodziej uciekłby ze zdobyczą, na pewno. Ale z drugiej strony, kto normalny kradnie książki? Jeszcze takie dwa razy większe od siebie? Mimo wszystko, nieskłonny ryzykować, Aravir złapał winowajcę za łokieć i, z właściwą sobie niedelikatnością, pociągnął za sobą wzdłuż znienawidzonej już brukowanej ulicy.
Pozwolił sobie nie zważać na protesty, zajęty jakże zacniejszą misją poszukiwania w tłumie ograbionego Jegomościa. Co nie było trudne - poczciwy człowiek podnosił taki raban, iż niemożliwością było przeoczenie jego skromnej osoby. Choć odrobinę podirytowany sytuacją, w jakiej się znalazł i ludźmi, z jakimi przyszło mu obcować tego pięknego, jesiennego dnia, Aravir uśmiechnął się pod nosem, w upajającym dla kontrastu samozadowoleniu. W ten sposób zdoła zarobić parę groszy, a przy okazji będzie mógł wygłosić moralizującą przemowę i to wszystko za jednym zamachem. Nieoficjalnie ochrzczony pan Ofiara podskoczył na ich widok, a po chwili jego niezdrowo rumiana twarz znacznie się rozjaśniła. Do czasu.
- Posłuchaj, młody. - Aravir obejrzał się przez ramię, natrafiwszy na parę otwartych szeroko, brązowych oczu. - Obecny tutaj... - zawahał się. - pan, twierdzi, że ukradziono mu właśnie tę książkę, którą trzymasz w rękach. Co ty na to?
- Powinien pan lepiej pilnować swojej własności - odparł natychmiast delikwent, tonem znacznie bardziej uprzejmym od samej treści, z uśmiechem, który wydawał się jak najbardziej nie na miejscu. Jegomość pobladł, cokolwiek zaszokowany, a chłopiec został z impetem trzepnięty w tył głowy.
- Ty już lepiej nic nie mów. - Aravir westchnął płytko. - Oddaj to i idź do domu.
Bardzo niechętnie, ale uczynił to, co mu kazano. Ostentacyjnie wręcz, ale efekt końcowy był taki sam, więc zasadniczo nie było się do czego przyczepić. A szkoda, bo co poniektórzy mieliby wielką ochotę. Jegomość lustrował tom niezwykle uważnie, wyszukując skwapliwie wszelkich oznak oszustwa, względnie uszkodzeń na swojej bezcennej zdobyczy, a uśmiech zniknął zupełnie z najmłodszej w tym niewielkim zgromadzeniu twarzy.
- Zadowolonyś pan? - spytał Aravir, nic sobie nie robiąc z wrogich spojrzeń, jakimi ten go uraczył, skoro tylko upewnił się, że żadne fałszerstwo nie miało miejsca.
- Tak w zasadzie... To owszem - przyznał z ociąganiem. Rad nierad wydobył garść monet z kieszeni, przeliczył, zmarszczył czoło, przeliczył raz jeszcze, spojrzał przelotnie na odzyskaną księgę, zacisnął zęby aż zgrzytnęło.
- Polecam się. - Mając już złoto bezpiecznie w garści, Aravir skłonił głowę, czym rozdrażnił jeszcze bardziej swego mimowolnego pracodawcę. Nie uczynił on jednak już więcej uwag na ten temat, przycisnął tylko swój skarb do piersi i oddelegował się w kierunku absolutnie już dla bohatera zasadniczego nieistotnym. Inaczej sprawa się miała w przypadku jasnowłosego winowajcy, który wydał z siebie żałosny dźwięk, odprowadzając jegomościa tęsknym spojrzeniem. Był to błąd z jego strony, jeśli wziąć pod uwagę, że przypomniał Aravirowi o jego istnieniu. Straszliwy, brzemienny w konsekwencjach błąd.
- A ty. Naprawdę chciałbym pomówić z twoimi rodzicami. Co za nieodpowiedzialni ludzie. Skąd jesteś?
- Ja? - Chłopiec wzruszył ramionami, puściwszy mimo uszu cokolwiek nieprzyjemną uwagę. - Jestem ze wsi.
- Tak, to wiele tłumaczy - odparł Aravir, przewracając oczyma, coraz bardziej przekonany, że dojście na poziom komunikacji umożliwiający porozumienie z owym dziwacznym, małym, kochającym książki stworzeniem, będzie niebywale trudne. Być może trudniejsze nawet, niż wyciągnięcie ciernia z kopyta starego capa, przekonanego, że jest dziobakiem i kopyt w ogóle nie posiada. Odrobinę zniechęcająca to perspektywa, bez wątpienia.
- Więc może inaczej - podjął beznamiętnie, jednocześnie główkując nad prostym w miarę pytaniem, którego nie można zrozumieć na odwrót. - Od początku. Masz jakieś imię?
"Żebym wiedział co - lub kogo - podsunąć, jeśli zrobią ze mnie świadka w podobnie idiotycznym przestępstwie" - pomyślał złośliwie. Po wszystkim co już przeszedł i co jeszcze czekało na niego tego przeklętego dnia, miał chyba prawo do drobnej wewnątrzgłownej zjadliwości.
- Tak, mam - odpowiedział krótko chłopiec, a kiedy, zamiast kontynuować, wpatrywał się tylko w swego rozmówcę, z którego cierpliwość uciekała jak po hiperboli, przyszła kolej na aravirowe zęby, by zazgrzytały. Całkiem przeraźliwie to uczyniły, a chłopiec równie mimowolnie cofnął się o skromne pół kroku.
- Miło to słyszeć - warknął właściciel tak straszliwie zgrzytających zębów, przekonany, że w rekordowym tempie zbliża się do swych granic. - Nie żebym był natarczywy, ale naprawdę źle znoszę takie tajemnice, a-
- Nigel - przerwał mu anonimowy dotąd siewca irytacji, z pewnym zażenowaniem w obliczu napięcia, niemal krystalizującego się w powietrzu. - Wystarczyło zapytać... Auć, za co?! - zaprotestował, otrzymawszy drugie już, solidne trzepnięcie po głowie, uziemiające znacznie lepiej niż najcięższy sarkazm całą frustrację, jaka zgromadziła się tego dnia na umęczonych barkach pewnego profesjonalnego włóczęgi.
______
*Tytuł tej niezwykle drogocennej księgi jest trudny do wymówienia nie ze względu na mistyczność mowy, ale na zawartą w nim literówkę i zaniedbanie przez autorkę interpunkcji. Powinien brzmieć "Fri-om Triass", co oznacza mniej więcej "Wolnomyśląca praska do kartofli".
~Araniak

Po stukroć porażka!

niedziela, 31.stycznia.2010, 10:18
Nigdy już - nigdy! - nie wyznaczam sama sobie terminów do dotrzymania w działaniach literackich. Powinnam była się spodziewać, że nic z tego nie będzie, ale ja - uparta ja - musiałam wachlować jęzorem (paluchami na klawiaturze dla wszystkich państwa drobiazgowych) i teraz wyszłam niesłowna. Ach, cóż teraz mi począć, jeśli nie modlić się o cierpliwość i to nawet nie dla mnie, tylko dla Was, moi drodzy.
Rozdział jest już napisany, długi dość nawet, jak na moje uprzednie standardy i czeka. Czeka na którąś już z kolei korektę, tym razem wspartą opinią osoby trzeciej (dzięki Ci, 'Kuś! Życieś mi uratowała!), dość gruntowną. Praktycznie rzecz biorąc trzeba mi będzie przepisać raz jeszcze od początku cały ten ponad dwuipółtysięcznosłowny interes. Tak mnie ta perspektywa zdenerwowała, że nie mogłam się do niczego zabrać, a szanownego programu Open Writer nie byłam w stanie otworzyć nawet z pożądanym skutkiem. Taka ze mnie maruda. Jeśli macie dość już czekania, mogę względnie wrzucić wersję surową. Nie polecam, ale mogę to zrobić.
~Araniak




~Może i nie znowu jakiś cud, ale layout, z grafiką włącznie, jest mój i natrudziłam się przy nim. Nie ruszać.










Archiwa

2009
styczeń
marzec
sierpien

2010
styczeń
luty

Podlinkuj

mawakosiirith



Spis treści



O mnie


Dodaj do ulubionych